Górny Śląsk - ciekawe obiekty - warto zobaczyć - SKOCZÓW: ŚRÓDMIEŚCIE

ŚRÓDMIEŚCIE SKOCZOWA

SKACZĄCE MIASTO

Skoczów nazwano Skoczowem, bo miasto to potrafi przeskoczyć z miejsca na miejsce, dokładnie – dwa kilometry w kierunku północno – wschodnim. Początków Skoczowa historycy dopatrują się bowiem w miejscu zwanym dziś Piekiełkiem, osadą funkcjonującą między VII a IX wiekiem po Chrystusie. Do dziś zachowały się umocnienia obronne tego skupiska, gdzie da się wyróżnić części całkiem sporego wczesnośredniowiecznego grodu. Legenda mówi, iż dawny Skoczów zapadł się pod ziemię za sprawą klątwy rzuconej przez niewiastę sprzedającą jajka. Gdy mieszkańcy z sobie tylko znanych powodów przepędzili handlarkę, wyraziła ona magiczne życzenie, by miejsce to pochłonęło piekło (stąd Piekiełko). Historycy uważają jednak, że osada została unicestwiona przez najazd księcia Wielkich Moraw – Świętopełka I. w ósmej lub dziewiątej dekadzie IX wieku. Straty musiały być ogromne, skoro mieszkańcom bardziej opłacało się przeskoczyć nieco dalej zamiast odbudowywać swój gród.

Miasto nie tylko poszczycić się może bogatą historią, nie tylko chlubi się licznymi opracowaniami naukowymi na ten temat, ale potrafi również opowiedzieć swoje dzieje. Jeżeli zaczniemy słuchać tego, co mówi ratusz (zabytkowa, późnobarokowa budowla z 1797 roku) oraz położony obok niego budynek, usłyszymy historię o Janie Sarkandrze. Na ratuszowej wieży widnieje wizerunek kapłana, który w czasie wojny trzydziestoletniej został niesłusznie posądzony o zdradę oraz poddany torturom w celu wyjawienia tajemnicy spowiedzi. Znany ze skromności (ubierał się ubogo, niewiele jadł, ograniczał się nawet w mówieniu) oraz gorliwości religijnej ksiądz w 1620 roku zagrodził drogę oddziałowi znanych z okrucieństwa i grabieży lisowczyków, by odstąpili oni od wjazdu do Holeszowa. Najemna jazda posłuchała kapłana, jednak później zarzucono Sarkanderowi sprowadzenie owych lisowczyków. Pobożne życie i męczeńska śmierć sprawiły, że na całych Morawach rozpowszechnił się kult księdza Jana.


TRYTON? POSEJDON? JONASZ?

Błogosławionym ksiądz Sarkander został w drugiej połowie XIX wieku, zaraz potem w kamienicy obok ratusza przy skoczowskim rynku (w której się urodził) urządzono kaplicę ku jego czci. Choć budynek powstał dopiero w wieku XVII, jego piwnice są o dwa stulecia starsze: można tam obejrzeć sklepienia kolebkowe wykonane z kamienia. Kaplica znajduje się w tym samym miejscu i dziś, choć teraz działa pod szyldem Muzeum Jana Sarkandra. W zbiorach znajdują się przedmioty związane z życiem kapłana, starodruki, obiekty sztuki sakralnej oraz pamiątki z wizyty w Skoczowie papieża Jana Pawła II. Polski papież odwiedził miasto w roku 1995; w tym samym roku Jan Sarkander ogłoszony został świętym.

Wiele osób odwiedzających miasto kojarzy je z niecodzienną fontanną na rynku. Zdaniem przejeżdżającego onegdaj przez Skoczów profesora sztuki z Krakowa centralną postacią fontanny jest mityczny syn Posejdona i Amfitryty - Tryton. Inny znawca zakwestionował tę teorię twierdząc, iż na trąbie muszlowej znajduje się sam Posejdon. Jeszcze inni (również z naukowymi dyplomami) uważają, iż jest to znany ze Starego Testamentu Jonasz. Nawet otwarta w czasie remontu ratuszowej wieży w 1954 roku puszka z dokumentami nie rzuciła ostatecznego światła na tożsamość osobnika z fontanny. Wiemy za to na pewno, że autorem rzeźby jest pochodzący z Moraw obywatel Skoczowa - Wacław Donay - twórca wielu dzieł sztuki na potrzeby miasta i jego świątyń. Fontanna powstała w roku 1775, by zdobić miejską czyszczalnię: basen w którym kobiety prały odzież. Jak na skaczące miasto przystało, skoczowianie w ciągu wieków przesuwali Trytona - Posejdona - Jonasza na różne miejsca. Na rynek figura wróciła w roku 1976. Donay wyrzeźbił również postać Jana Sarkandra i innych świętych: Piotra z Alkantary, Jana Nepomucena oraz Jana Kantego w położonym niedaleko od rynku późnobarokowym kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła.


 


 


 

MIASTO GUSTAWA MORCINKA

Nieco inna droga prowadzi od rynku na ulicę Fabryczną - do muzeum im. Gustawa Morcinka. Choć pamiątki po patronie (który pracował w Skoczowie między 1919 a 1935 rokiem jako nauczyciel) stanowią znaczną część ekspozycji, placówka ma również wystawy poświęcone historii Skoczowa od najstarszych dziejów okolicy aż po czasy współczesne. Część wystawy poświęcono rzemieślnikom: ludziom stanowiącym niegdyś rdzeń miasta. Prezentowane są eksponaty złotnicze, garbarskie, rusznikarskie czy lutnicze.

Zbiory związane z Morcinkiem to jego gabinet wypełniony przedmiotami codziennego użytku (jest nawet maszyna do pisania), dokumenty, fotografie oraz wydawnictwa. Pierwszy powszechnie znany polski pisarz ze Śląska jest postacią fascynującą. Jako szesnastolatek z ubogiej rodziny trafił do pracy w kopalni, gdzie szybko zorientowano się w jego prawdziwych - odmiennych od wydobywania węgla - zainteresowaniach. Dziwny górnik był w stanie przeczytać sienkiewiczowskie "Quo vadis" w zaledwie dwa dni. Wiele lat później w dziele "Jak stałem się pisarzem" Gustaw napisał, że to przyjaciele z kopalni zebrali pieniądze na jego edukację a on swoją pisarską twórczością spłaca dawny dług. Prawda była nieco inna: młody górnik skorzystał z oferty Towarzystwa Szkoły Ludowej dzięki czemu mógł ukończyć szkołę dla nauczycieli. Jego misją było przybliżanie Polsce Śląska i tak chyba należy traktować całą literacką twórczość Morcinka. To polskie zacięcie w latach II wojny światowej o mało nie skończyło się tragicznie: po aresztowaniu przez Gestapo pisarz spędził niemal cały okres wojny w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Morcinek uważał, że jednym z powodów aresztowania był fakt, iż bohater jego opowiadania miał psa o imieniu Bismarck. Mógł opuścić obóz, gdyby podpisał niemiecką listę narodowościową. Propozycji takiej jednak nie przyjął. Po wojnie nadal pisał i nadal działał społecznie: wielu za złe ma dzisiaj Morcinkowi legitymizowanie komunistycznej władzy poprzez pełnienie funkcji posła w najczarniejszych latach polskiej wersji stalinizmu. Choć znany jest przede wszystkim z opowiadań i powieści o górnictwie (z widniejącym przez całe lata na liście lektur szkolnych "Łyskiem z pokładu Idy" na czele), on sam najbardziej cenił swoje baśnie.

Od niemal stulecia Skoczów słynie także z produkcji eleganckich kapeluszy. W okresie międzywojennym robiono tutaj nakrycia głowy z weluru, zamszu, filcu - w tym - gustowne meloniki. Skoczowskie kapelusznictwo zaczęło się w 1924 roku gdy firma Hückels z Nowego Jiczyna postanowiła założyć w mieście tym kolejną (po Raciborzu oraz Wiedniu) filię swojego zakładu. Tradycje w robieniu kapeluszy Skoczów miał zresztą już od XVII wieku: działali tu rzemieślnicy fabrykujący tak zwane kłobuki - męskie nakrycia głowy do stroju cieszyńskiego. Mimo upływu lat, mimo zmian nazwy przedsiębiorstwa - w Skoczowie wciąż robią doskonałe kapelusze. Skoczowska firma ma połowę udziału w krajowym eksporcie kapeluszy i beretów.

Strona wykorzystuje pliki cookies